Majsterkowanie (c.d)
Zrób to sam
Od najmłodszych lat — a są to z mojego punktu widzenia dość odległe czasy — starałem się własnymi siłami radzić sobie z domowymi usterkami, starałem się zrozumieć i opanować technikę domowych drobiazgów, starałem się zgłębić nieskomplikowane w gruncie rzeczy zasady tej techniki. Nie była to żadna namiętność, nie było to hobby, lecz zwykłe wygodnictwo, znakomicie ułatwiające życie. Wykalkulowałem sobie, że z większością domowych awarii można sobie poradzić samemu, przy czym najczęściej poradzić sobie można znacznie szybciej i taniej niż wzywając odpowiedniego rzemieślnika.
Sprawdziłem to praktycznie na tysiącach przykładów.
Praktyka podbudowana została teoretycznie. Przed paru laty we Francji przeprowadzono ankietę, która miała odpowiedzieć na pytanie, ilu mniej więcej jest we Francji majsterkowiczów — nie przepadam za tym słowem, ale innego nie ma — i jakie są ich zainteresowania. Wynik ankiety był zaskakujący. Okazało się, że domowym majstrowaniem zajmuje się we Francji ni mniej ni więcej jak siedemnaście milionów ludzi, czyli — co trzeci mieszkaniec, przy czym większość z nich urządziła sobie specjalne pracownie bądź kąciki z narzędziami.
I tak się dzieje w kraju wysoko rozwiniętym, w którym sklepy zaopatrzone są we wszystko, co sobie można zamarzyć, w którym — wydawałoby się — stopa życiowa jest dostatecznie wysoka i nie trzeba osobiście babrać się w farbie ani też ryzykować stłuczenia palca przy wbijaniu gwoździ.
Dlaczego? Francuscy socjologowie dorobili do tego słuszną przypuszczalnie teorię, że majstrowanie w domu jest — szczególnie dla ludzi pracujących umysłowo — rodzajem higieny umysłowej. Majstrowanie pozwala odpocząć, a jednocześnie wyzwala ciągoty do pracy twórczej. Efekt majstrowania jest realny i niewątpliwy, a o jego wartości stanowi przydatność, nie zaś impon-derabilia, jak przy tworzeniu poematu.
To jednak tylko jeden aspekt problemu. Pozostaje drugi — ekonomiczny — powodujący, że nawet w krajach o wysokiej stopie życiowej najzwyklejsi ludzie, nie mający żadnego wykształcenia technicznego, większość prac i remontów domowych wykonują sami. Rzecz w tym, że w dzisiejszych czasach — nie tylko zresztą we Francji, NRF czy USA — o niebo łatwiej o inżyniera niż o malarza pokojowego; znacznie prostsze jest zapewnienie sobie usług komputera niż hydraulika. W związku z tym techniczne usługi bardzo są drogie i drożeją tym bardziej, im więcej ludzi decyduje się na reperacje własnymi rękoma i fachowców do domu nie wzywa. Rzemiosło zanika, gdyż nikt go nie potrzebuje, dla niewielu zaś ignorantów technicznych rzemieślnik jest luksusem.
Tak więc błędne kółko się ślicznie zamyka. To, co w pierwszej fazie uważane było za hobby, za konika, za rozrywkę i relaks, staje się koniecznością życiową. Kto nie potrafi własnym przemysłem zreperować kontaktu, siedzi po ciemku lub płaci wezwanemu elektrykowi taką sumę, że mimo naprawionego już światła — robi mu się ciemno w oczach.
Rzecz prosta, tam gdzie rzemiosło zanika, gdzie usuwaniem defektów i defekcików domowych obywatel zajmuje się własnoręcznie, musi istnieć odpowiednia baza sprzętowa i materiałowa — że wyrażę się w urzędowym języku — co w przełożeniu na język codzienny oznacza łatwo dostępne na rynku i tanie narzędzia, sklepy z częściami lub gotowymi podzespołami do takich czy innych aparatów, fachową literaturę na popularnym poziomie i dla każego
trudno bowiem oczekiwać od humanisty znajomości rzeczy w dziedzinach całkowicie dla niego obcych, a z drugiej strony trudno też nieustannie uczyć się na własnych błędach i wszystkiego próbować pierwszy raz. Trzeba też, aby coś zrobić, mieć czym zrobić,, niekoniecznie od razu narzędziami ze specjalistycznych warsztatów, drogimi i skomplikowanymi nieraz w użyciu.
Taka baza na świecie istnieje i coraz bardziej się rozwija. Dziesiątki sklepów, ba, nawet specjalnych domów towarowych dla amatorów rękodzieła, a w tych sklepach cuda—nie widy, przy pomocy których zrobić można właściwie wszystko i wszystko w domu zreperować. Wychodzą pisma dla majsterkowiczów, na każdy temat można dostać książkę czy broszurę. Przemysł zaś — idąc w ślad za upodobaniami klientów — zaczyna masowo wytwarzać wiele urządzeń domowych w częściach, bez montażu. Kupuje się sprzęt kuchenny, radioodbiorniki, a nawet telewizory w częściach — znacznie tańsze oczywiście niż zmontowane — i składa się według dokładnej instrukcji w domu. I tanio, i przyjemnie.
U nas brak jeszcze tak doskonałej organizacji przemysłu i handlu; jeszcze tego i owego dostać czasem nie można, szwankuje dostawa części, a poradnictwo na szeroką skalę zaczyna się dopiero rodzić. Nie przesadzajmy jednak z narzekaniem, albowiem to, co dzieje się dziś, jest o niebo lepsze niż przed kilkunastu czy nawet kilku laty. Każdy z nas zna coraz liczniej powstające sklepy „1001 drobiazgów"; rozszerza się sieć sklepów i warsztatów „Eldomu" ze specjalnymi działami części wymiennych; przemysł drzewny uruchamia sklepy z listwami, deskami i okładzinami, w których można nawet wstępnie obrobić drewniane elementy; istnieją też wypożyczalnie sprzętu remontowego, jak zestawów malarskich, murarskich czy stolarskich, gdzie za skromną opłatą znajdziemy komplet tego, co do określonej roboty będzie nam potrzebne. Wiele też części i materiałów dostać można w normalnych, standardowych sklepach z artykułami metalowymi, w mydlarniach czy sklepach przemysłu chemicznego. Sklepy te coraz bardziej przestawiają się na potrzeby właśnie indywidualnych amatorów i coraz więcej w nich ciekawostek mogących się amatorowi przydać.
Maluczko, a dojdziemy do tego, że będzie można kupować
ki, co jest równie bez sensu, jak kupowanie browaru, gdy ma się ochotę na małe piwko.
To wszystko u nas już jest. Trzeba tylko umieć szukać i — co najważniejsze — trzeba chcieć znaleźć. Tu jednak dochodzimy do dylematu i proszę mi wybaczyć małą dygresję w sprawie filozof iczno-socjologiczno-charakterologicznej.
Rzecz w tym, że w naszym społeczeństwie — szczególnie wśród inteligencji — istnieje moda snobowania się na kompletną ignorancję techniczną. Przeciętny, statystyczny Polak zna kilkanaście wybornych sposobów zbawienia świata, ale jakże często nie zna ani jednego sposobu mniej więcej prawidłowego wbicia gwoździa w ścianę; bez najmniejszego wahania rozstrzyga najbardziej nawet skomplikowane problemy polityki międzynarodowej, ale staje bezradny wobec skrzypiącego zawiasu czy przepalonego korka w instalacji elektrycznej; nie ma wątpliwości jak osiągnąć sprawiedliwość społeczną, ale ogarnia go rozterka na widok pędzla i puszki z farbą.
Jest właśnie tak, a nie inaczej. Olbrzymia większość moich znajomych i przyjaciół taki akurat ma stosunek do wszelkich mechanizmów, choćby nieco tylko bardziej skomplikowanych od zwykłego kija. W każdej innej dziedzinie są normalnie rozwiniętymi ludźmi, wyposażonymi w normalny zasób wiadomości, w dziedzinie zaś techniki — upierają się być laikami doskonałymi, a co gorsza, uważają, że tak właśnie jest dobrze i prawidłowo, że prawdziwy intelektualista powinien być ignorantem technicznym.
Inaczej podobno nie wypada.
Oczywiście, tak konserwatywne poglądy na technikę — choćby na tę małą technikę — są nie do utrzymania, życie bowiem napiera i wytwarza układy, w których najzwyczajniej w świecie nie daje się żyć bez znajomości podstawowych zasad działania mechanizmów domowych i możliwości drobnych napraw własnymi siłami. Kryzys w tej materii będzie się pogłębiał w coraz szybszym tempie i przeciwstawianie się temu wielkiego sensu nie ma. Zbyt może ryzykownym byłoby twierdzenie, że we współczesnym świecie, w zmienionych warunkach i stosunkach społecznych ignorant techniczny zginie, na pewno jednak jego życie będzie trudne.
I coraz trudniejsze.
Nie zamierzam w tym puiauniku umawiać pu ważniej szych remontów i konstrukcji w arcynaukowy sposób, ani też nie będę próbował z nikogo czynić na siłę inżyniera. Przeciwnie, tam, gdzie nasze najprostsze metody, które stosować może każdy, zawiodą, odsyłam do specjalistów, którzy wreszcie po to się specjalizowali, aby w poważniejszych sytuacjach można było z ich wiedzy korzystać. Wszystkie w zasadzie wymienione czynności w tej książce wykonałem osobiście. Czytelnicy mają więc do czynienia z wiedzą empiryczną. Nie zawsze zgadza się ona wprawdzie z teoretycznymi kanonami techniki, ale — działa w praktyce, a to chyba dla nas najważniejsze.
Jeśli więc Czytelnicy, korzystając z naszych porad, zdołają wbić sobie gwóźdź w ścianę, pomalować szafkę, przesmarować zawiasy w drzwiach czy uszczelnić na zimę okna — cel będziemy uważali za osiągnięty.
Nie będziemy się posługiwali tokarkami, prasami hydraulicznymi, młotami pneumatycznymi, automatycznymi szlifierkami i tym podobnymi urządzeniami. Ograniczymy się do tych najprostszych narzędzi, które każdy w domu ma, a przynajmniej w domu mieć powinien. Ot, parę śrubokrętów, pilników, młotek, obcęgi, trochę kleju, farby, pędzel...
Tymi właśnie najprostszymi środkami nieoczekiwanie wiele w domu można zdziałać. Trzeba mieć tylko odrobinę cierpliwości gdyby pierwsze próby się nie udawały, no i sporo dobrych chęci. Umiejętności przyjdą wraz z praktyką, znacznie szybciej, niż się komukolwiek wydaje.
Zrób to więc, Czytelniku, sam i zobaczysz, że to całkiem łatwe.